previous arrowprevious arrow
next arrownext arrow
Shadow
Slider
Dziennik The West

Mustangi – konie bez właściciela

Pochodzę z Północnej z Hiszpanii, ciepłych stajni i lubię tamtejszą trawę zwłaszcza wiosną.
Ostatnio jednak mnie i resztę stada zapakowano na statek i dopłynęliśmy gdzieś do miejsca nie posiadającego chwilowo boksów, a coś w rodzaju dwóch zagród by oddzielić klacze od ogierów.
Wylądowałam nawet razem z klaczami źrebnymi. No cóż może potem nas lepiej posortują. Póki co wrzucono nam świeżą trawę. Koniom które znają ostrogi pewnie dadzą owies i będą rozbrykane. W końcu mają prawdziwą ziemię pod kopytami.
W końcu gdy zaświtał ledwo dzień puszczono nas na łąkę… już używaną przez kolejne konie.
Obok nas byłyśmy przegrodzone solidnymi konarami od ogierów.
Nasze ogiery już się z nami zaczęły witać. Nie minęło dużo czasu i zaczęli wyłapywać konie, te pod siodło. Zostałam ja i klacze z młodymi, ciekawe dlaczego.
Nie oszczędzają nas tutaj. Codziennie moi znajomi przychodzą zmęczeni i opowiadają na jakie tereny wkroczyli i że ziemia choć dzika zmusza do pilnowania się przed zupełnie innymi zagrożeniami.
Za jakiś czas przekonałam się na własne uszy. Było mnóstwo kwiku, pisku i kurz. Okazało się, że jeden
z ogierów miał pecha bo rzuciła się na niego puma. Długo będą się goiły takie rany.
Kilka dni później  całe stado było świadkami dezercji kilku ludzi którzy rozwalili nam zagrodę. Wzięli po klaczy z wyrośniętymi potomkami na postronki i tak zostawili płot przez który da się przejść. Kiedy dalsza część klaczy stwierdziła, że da się przejść i przeskoczyć poszłam za nimi.
Nie zwróciłam uwagi na to, że nie wszystkie wyszły.
Przywitał nas dziki ogier. Poszłyśmy za nim i coś mi mówiło, że go kojarzę tylko nie wiem skąd.
Odprowadził nas do większego stada prawdziwie dzikich mustangów. Ze mną znów pogadał i jakoś tak wyszło, że oddzieliliśmy się od stada. Kiedy jedynymi dźwiękami były świerszcze chciałam wiedzieć gdzie mnie ciągnie. On zażartował, że w bezpieczne miejsce bo taka klacz jak ja nie jest przyzwyczajona do warunków jakie panują w tak dużych stadach jakie minęłam w nocy.
Do nas dołączyła ciągnąć w znacznej odległości mniejsza klacz.
Ta noc była najcięższe, nie mogłam spać i wszystko mnie bolało.
Nad ranem obudził mnie Indianin, gość miał czerwona twarz i bawił się z naszym przewodnikiem.
Potem ocknęłam się, że cała nasz dwójka jest na postronkach!
Małe źrebie patrzyło na mnie leżąc na ziemi. Po chwili stwierdziłam inteligentnie że jest moje.
Indianin nas zabrał do wioski, znów byłam dobrze traktowana, a przez dzieci zostałam pomalowana farbą. Szczęście się znów do mnie uśmiechnęło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *