bajka

Zawody wojowników

Bieg był ich naturą. Wiedzieli, że zwycięstwo nie będzie łatwe i nie każdy wróci do domu.
Już drugiego dnia dotarło do nich, że nie biegnie z nimi przedostatni zawodnik, dopadła go stara niedźwiedzica. Nie mógł dalej z nimi podróżować. Zwierzę zaciekle broniło swojego terenu. Oberwała niemal wszystkie gałęzie i przechyliła drzewo ale człowiek na samym czubku prawie 40-metrowego drzewa musiał wygrać z puszystą naturą, która odgrażała się bardziej masą na jesień, niż kłami i pazurami.
Robiono jeszcze punkty zbiórki, bo tak naprawdę rywalizacja zaczynała się, gdy docierano do miasta. Kto pierwszy ten najlepszy, tak zwykle bywało, ale chodziło też o wydłużenie czasu spędzanego razem. Do miasta miała dotrzeć większość, bo gdy każdy liczył na siebie natura tego zakątka z nim wygrywała nieubłaganie.
Kiedy można było to sobie pomagano.
Przechodzono nad ranem pod wodospadem. Jeden z młodzieńców krzyknął dla zabicia czasu imię tego, który błądzi we mgle. Potem rozpalono ognisko i zajęto się pieczonym królikiem.
Było nudno w takiej paczce… ale nadarzyła się okazja by wykazać się nie tylko słowami. Czyny poszły w ruch, gdy na skale rzeczywiście ukazał się błądzący we mgle. Jeden z nich wskazał by łukiem i strzałą odebrać wojownikowi klucz, wiec ten który umiał to najlepiej, puścił strzałę w kierunku klucza. Klucz uderzył o skałę, a wojownik stał zdumiony. Grupka jednak nie zamierzała na tym poprzestać… wzięto go siłą, zanim wskoczył we mgłę i bezceremonialnie wyrzucono go ze skał wprost pod wodospad. Wśród śmiechu dały się słyszeć słowa, że umycie się dobrze zrobi komuś, kto zabłądził. Wojownik wypłynął i zaniechał pościgu. Wydawał się lekko oszołomiony i rozbudzony. Zrobił wędkę i zaczął łowić ryby.
Grupa mając już jeden klucz, czwartego dnia dotarła do wioski białych twarzy. Poczekano na zmierzch.
Jeden wykradł miód, drugi owoce, trzeci wyjechał na krowie, czwarty zwiał z oburzonym dachowym kotem, piaty wziął po cichu rożne rodzaje jajek. Ostatniemu z drużyny nie powiodło się z koniem. Zwierze bryknęło przewracając przybysza. Narobiło hałasu bijąc podkutymi kopytami o deski z takim impetem, że wylała się woda dla konia.
Niewiele myśląc uciekł i wpadł do całodobowego antykwariatu. Zastawił się łukiem i biedny dziadunio nie zdążył dopaść swojej strzelby… i nie było potrzeby. Dziadunio tez był Indianinem. Nie uśmiechał mu się rabunek, więc stwierdził, że podaruje mu tylko jeden wybrany przedmiot jakiego zażąda. Wojownik wypalił bez namysłu, że chce klucz i otrzymał go. Dziadunio poskarżył się, że ten stary przedmiot nie otwiera dosłownie niczego i nie nadaje się do przerobienia.
Wyścig zaczął się w najlepsze. Trzeba było wrócić z czymś do domu i to najlepiej najszybciej i w jednym kawałku.
Norrtia

0 razy komentowano: “Zawody wojownikówDodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *